Późno tej zimy wzięliśmy się za osłanianie co delikatniejszych drzewek i krzewów. A właściwie to K. się zabrał, bo ja na niewiele się ostatnio nadaję, na ogół zajęta Wojtusiem.

Aaa to właśnie. Bo my mamy Wojtusia. Przeuroczego niespełna półrocznego szkraba. Nagrodę za czteroletnie starania. Wojtuś jest – jak już wspomniałam - uroczy, ale nader absorbujący. Okopywaniem róż i tym podobnymi zajęciami obarczyłam więc w tym roku wyłącznie K. Nie było pośpiechu, bo temperatury były dalekie od zimowych. Właściwie to zajął się tym dopiero po pierwszych solidnych przymrozkach. Zima w końcu przyszła i potrwała... jakieś dwa tygodnie. Ostatnio udało mi się dostać do ogrodu bez chłopaków. Obeszłam więc włości, zastanawiając się, jaki sens miało okrywanie na zimę lawendy, okopywanie róż... Te ostatnie dla przykładu puściły młode listki. Mróz mógł zaszkodzić azalii, choć liczymy na to, że uchroniła ją nie przystrzyżona przed zimą trawa, która stworzyła jej niemal kokon. Okaże się na wiosnę. Taką prawdziwą. A lawenda... Lawenda pod okryciem może się ugotować i co wtedy? Zupa lawendowa...